Jestem szczęśliwa, że dzięki różnym zbiegom okoliczności poznałam go osobiście. Było w nim połączenie intelektu, ducha i prawdy. Okazało się, że ksiądz nadal może być dla młodych wyznacznikiem postawy życiowej, a dla starszych oparciem w rozwiązywaniu problemów. Może być otwarty na problemy współczesnego świata, może nie uciekać od odpowiedzi na najtrudniejsze pytania, może być konsekwentny w swoich poglądach. Można, jak mówił ksiądz Kaczkowski, być „uprzejmym wobec drugiego człowieka, bo to popłaca. Potraktowanie kogoś po chamsku odbija się czkawką”. Można nie tylko słuchać wiernych, ale również ich słyszeć.
Jego przekaz był jasny, prosty, czytelny, ewangeliczny, niezmienny, a jednocześnie dostosowany do ludzi XXI wieku. Nie był pieszczoszkiem Kościoła hierarchicznego, a pomimo to wiernie i oddanie mu służył. Możemy się tego od księdza Kaczkowskiego uczyć. Jak również autoironii i dystansu. Jego rodzina była jego największym darem. Dzięki niej uczył nas, ze niewierzący mogą być lepszymi ludźmi niż chrześcijanie. Dzięki niej stał się również apostołem niewierzących. Jego życie choć znacznie krótsze niż Abrahama było bardzo do niego podobne. Ciągle doświadczał próby i ciągle podejmował wyzwania. Jestem wdzięczna mojej córce za odkrycie jego książek, które doprowadziły do spotkania z tak szczególnym człowiekiem, chrześcijaninem i kapłanem.
