Rząd, a zwłaszcza ten, zna się na wszystkim i wie lepiej jak zorganizować obywatelom życie. Zmianę wywracającą do góry nogami ustawę o 6 latkach uchwalono w niecały miesiąc. 9 grudnia złożono ją w Sejmie, a 7 stycznia Prezydent podpisał dokument. Niestety, podczas prac nad ustawą nie było dyskusji. Nie skorzystano z żadnych sposobów zasięgnięcia opinii środowisk, które się na reformie edukacji znają. Na pytania o brak konsultacji, na komisji sejmowej ze strony MEN-u padła kuriozalna odpowiedź, że „ta ustawa, proszę państwa, jest konsultowana od kilku lat”. Senat wystrzałowo przeprocedował ustawę w Sylwestra, pewnie z myślą o tym, że opinia publiczna będzie miała inne sprawy na głowie. Prezydent też nie mógł czekać, bo skarżące się na brak dyskusji w tej sprawie organizacje pozarządowe i eksperci na 9 stycznia zapowiedziały wysłuchanie publiczne. Podpisał więc ustawę 2 dni wcześniej, tak aby nie trzeba się było zastanawiać nad wnioskami z debaty.
Dzisiaj juz wiemy, że zapewnienia resortu edukacji o odpowiedniej liczbie miejsc w przedszkolach się nie spełniły. Zabrakło miejsc dla kilkudziesięciu tysięcy trzylatków w Polsce. Dzisiaj resort tego nie komentuje, a samorządy zostały zostawione same sobie z abstrakcyjną rzeczywistością, w której „dziecko może też trafić do klasy łączonej, w której będzie uczyć się z drugoklasistami, tyle, że będzie realizować w tym samym czasie inny program niż starsi uczniowie”. Jedno jest pewne takich przepisów nie wymyśliłby ani 6 latek ani 7 latek. Zrobili to za nich dorośli.
