Brexit

Jeszcze w czwartek wieczorem wydawało się, że zwolennicy „remain” mają niewielką przewagę nad zwolennikami „leave”. Ale już nad ranem okazało się, że zwolennicy opuszczeniu Unii zwyciężyli. Jestem przekonana, że jest to pyrrusowe zwycięstwo. Wszystko, co od tej pory się dzieje, udowadnia ten pogląd. Największe od 31 lat osłabienie funta (a Brytyjczycy przecież tak bardzo lubią spędzać wakacje za granicą), Belfast, w którym zabrakło formularzy paszportowych, Szkoci zastanawiający się nad ponownym referendum o odłączeniu się od Wielkiej Brytanii. Google zalewany jest pytaniami Brytyjczyków, czym jest Brexit. O wyniku zdecydowało starsze pokolenie, które ciągle żyje wspomnieniem dawnego imperium. David Cameron wysoko licytował i przegrał tego pokera.

Zgadzam się z tym, że „out is out”. Byłoby szczytem głupoty rozmiękczanie procesu wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Dzisiejsza propozycja Francji i Niemiec tak naprawdę jest propozycją, która powstała kilkadziesiąt lat temu. Nigdy jednak nie została zrealizowana do końca. Wspólna waluta wymaga bowiem daleko idącej koordynacji polityk gospodarczych, czyli sui generis europejskiego rządu.
To co proponują Francuzi i Niemcy nie jest zatem żadną nową koncepcją. Każdy, kto rozumie politykę gospodarczą wie, że wspólnej walucie powinna towarzyszyć wspólna polityka fiskalna. Dlatego nie dziwmy się, że ci na których tak naprawdę Unia Europejska „wisi” proponują wspólne rozwiązania. A że nam się to nie podoba, to trudno. Zachowujemy się jak rozbitkowie czekający na pomoc na bezludnej wyspie, uratowani przez załogę przepływającego statku, którzy po wejściu na pokład zamieniają się w piratów i mówią: a teraz my tu rządzimy. Dość hipokryzji! Nie mówmy, że chętnie przyjmiemy środki, ale nie lubimy Trybunału Konstytucyjnego, a trójpodział władzy nam się nie podoba. Oczywistym jest, że to nam powinno zależeć na byciu w Unii Europejskiej.



Truizmem jest dzisiaj mówienie, że oparcie się na Wielkiej Brytanii jako na głównym sojuszniku przez rząd PiS było błędne i krótkowzroczne. Ktoś, kto zna Anglików, wie że myślą przede wszystkim o własnych interesach.

Groteskowo wygląda inicjatywa ministra Waszczykowskiego, który zamiast zwołać naradę ponadpartyjnych specjalistów polityki zagranicznej, organizuje własne spotkanie, które nie odbywa się w Warszawie, ale… w Pradze. Myślę, że takiego spotkania po prostu zażyczył sobie Jarosław Kaczyński, który chce być architektem nowej Unii Europejskiej. Tylko chcieć nie zawsze oznacza móc. Żeby móc trzeba mieć PKB porównywalne do tego Wielkiej Brytanii i być płatnikiem netto. A do tego jeszcze nam daleko. Warto mieć świadomość, że jak w Londynie zaczęto budować metro, Polska była właśnie po klęsce Powstania Styczniowego.
Zrzucanie przez polityków PiS winy na Komisję Europejską, a nie Brytyjczyków jest po prostu odwracaniem kota ogonem. Przecież członkowie KE zostali powołani przez rządy wybrane przez suwerena. Czy nasz suweren jest „ok” , a suweren innego kraju już nie? Cóż za pokrętne i przewrotne myślenie.

Brexit to wina premiera Camerona, który chciał mieć ciastko i zjeść ciastko. I przelicytował.

Co dalej? Na razie musimy się obserwować rozwój wypadków, ale przede wszystkim nie konfliktować się z Komisją Europejską i głównymi graczami w Europie. Przestańmy udawać, że sterujemy statkiem, tylko pamiętajmy, że mamy krótszy staż kapitański.
Trwa ładowanie komentarzy...